„Nothing can surpass the mystery of stillness”* słowa e.e.cummingsa towarzyszyły mu już od wielu lat, lecz tutaj, w takim momencie nabierały szczególnego znaczenia. Wyszeptał je ponownie, upajając się magiczną chwilą. Siedział na ostatnim stanowisku Drogi. Twarz oświetlały mu miękkie promienie wieczornego słońca. Pod nogami miał całą dolinę San Lucano, pogrążoną w cieniu rzucanym przez szczyty zwieszające się nad nią po drugiej stronie, zbyt odległą, aby dochodził z niej jakikolwiek dźwięk.
Kryształowo biały wcześniej masyw Gerlachu tonął powoli w szarych chmurach gdy powtórnie, już bezpieczni, przechodzili przez lawinisko. Frontowe chmury zasnuwały powoli bajkowe widoki górnej części Doliny Białej Wody. Kurtyna zdawała się bezpowrotnie opadać...
Do naszego kącika literackiego dokładamy dzisiaj nową cegiełkę Do poczytania. Jednocześnie, z nadzieją że na tym nie skończymy, zapraszamy Was do utrwalania około górskich przemysleń w postaci słowa pisanego, choć często wymaga to czasu, spokoju i skupienia . Dla napisanego przez Jarka opowiadania bodźcem stała sie jedna z naszych letnich, zeszłorocznych wspinaczek na Kościelcu. Mamy nadzieję, że tekst będzie się Wam podobał .
PTAK
To był piękny dzień. Po wielodniowej zlewie słońce znów rozświetliło szczyty otaczające Dolinę. Na szlaku dochodzącym do schroniska wrzało jak w ulu. Mama z dziećmi, tata z dziećmi, tata z mamą, przyszła mama z przyszłym tatą, dziadki, babcie nie przestawali przetaczać się w drodze na kotleta, bigos, szarlotkę czy też wszędobylskie piwo. Betlejemka wyglądała na wyludnioną. Czemu się tu dziwić? W końcu pogoda nienajgorsza, więc pewnie wszyscy na wspinaniu.
Mało brakowało a spóźniłby się dzisiaj do pracy. Znowu tam był, śniły mu się przewieszone kosówki, jakieś mikstowe zacięcia święcące zielonkawym lodem: stojąc w karkołomnym rozkroku asekurował partnera, który już dobry kwadrans tkwił w tym samym miejscu kilka metrów wyżej – jak z całym żelastwem i w rakach runie w dół prosto na mnie – to będzie masakra, kaplica, amen - pomyślał, zimny pot na plecach od nadmiaru wyobraźni albo - jak kto woli - strachu; gdzieś metalicznie, wysoko, zadzwoniła wbijana igła do trawek, odetchnął z ulgą – więc jednak może nie teraz, zazwyczaj nie spada – jest ostrożny i jak większość mieszkańców tej planety nie lubi latać, ciarki przechodzą na wskroś już na samą myśl ale chwilę potem następuje akceptacja...za oknem sypiący w ciszy śnieg – jak miło i przyjaźnie, po ekranie nie wyłączonego telewizora bezgłośnie sunie Wielki Wóz ...
Waldemar Betlejewski ze zbioru "Migawki z wyprawy Hindukusz 73"
Baza
Dla alpinisty baza jest tym, czym posiadłość ziemska dla marynarza - rzadko się w niej przebywa i krótko. Duży, wojskowy namiot gospodarczo-gastronomiczny oraz 10 mieszkalnych, w tym dwa jednoosobowe, które jutro zostaną rozlosowane. Wodę czerpać będziemy z bocznego lodowca, którego bariera czołowa wznosi się nad naszą bazą. Wypływa ona z ogromnej dziury w tej barierze i jest mętna jak z pralki. Wyciek rozpoczyna się przed południem, przybierając stopniowo na obfitości i w godzinach popołudniowych osiąga stan maksymalny, stając się rwącą rzeką. Po zachodzie słońca poziom rzeki obniża się, wysychają boczne jej koryta, głównym nurtem płynie już tylko wątła struga. Rano jedynym śladem po wodzie jest szkliwie lodowe. Będziemy nazywali to zamknięciem kurka, pamiętając by zapasy wody uzupełnić pod wieczór. Kolorowa plansza namiotów - nasz dom - okruch Polski rzucony w niebotyczne góry, w ów świat jakże piękny właśnie tu, gdzie go nikt nie ogląda.